W Twierdzy Zamość

Gdy realizujemy nasze projekty i inicjatywy, w których udział biorą również nasi partnerzy z innych części Europy, zawsze staramy się nawiązać jak najwięcej interakcji ze społecznością lokalną, naszymi lokalnymi partnerami oraz osobami, które przyczyniają się do wzmacniania pozytywnego wizerunku naszego miasta. Jedną z ulubionych i najwyżej cenionych przez naszych gości atrakcji jest spotkanie na murach Twierdzy Zamość, z Leszkiem Sobusiem. Czym zajmuje się Leszek? Tego dowiecie się czytając kolejny wywiad w "krainie HEurekia".
HEureka Generator: Cześć Leszku. Dziękuję, że zgodziłeś się na rozmowę z nami. Od wielu lat, m.in. dzięki Tobie, możemy w Zamościu "czuć klimat poprzednich stuleci". Jak właściwie nazywa się to, czym się zajmujesz?

Leszek Sobuś: Jestem rekonstruktorem historycznym. A kto to jest? Ano to taki człowiek, który wydaje pieniądze na zabawę czymś, co w mniemaniu normalnych ludzi jest nikomu do życia niepotrzebne. I mają rację. Zainteresowania podobne do moich ma kilka tysięcy osób w Polsce, Europie, na świecie i interesuje to właściwie tylko nas. Tysiące ludzi oglądających nasze widowiska historyczne, zachwycających się naszymi strojami, bronią, wyglądem, nie zdają sobie sprawy, ile wiedzy o historii każdy z nas ma na sobie.

HG: Najczęściej możemy cię spotkać na tak zwanej szyi bastionu. Co tam robisz?

LS: Co robię na bastionie? Poza czysto komercyjnym sposobem na życie, staram się chociaż w dużym zbliżeniu pokazać jak wyglądało życie w takim miejscu, jakim jest zamojska twierdza: opisać mury obronne miasta, jak ładowało się armaty, jak produkowało się proch. Poza rekonstrukcją historyczną jestem też przewodnikiem po Zamościu i Roztoczu, gdzie też przydaje się moja wiedza historyczna. Na bastionie siedzimy już od 12 lat przybliżając turystom historię miasta i broni będącej na wyposażeniu twierdzy.

HG: Działasz też w organizacjach pozarządowych.

LS: Jestem prezesem Fundacji Bastion, która pomaga zajmować się tym, co opisałem powyżej. Ułatwia nam obsługę wydarzeń historycznych, które organizujemy w Zamościu i w innych miejscach w kraju. Jesteśmy też organizatorami wyjazdów na inne podobne wydarzenia w kraju i za granicą, dając im osobowość prawną. Fundacja zajmuje się też galerią fotograficzną, która znajduje się w Nadszańcu.

HG: Rekonstrukcje historyczne to jedne z najefektowniejszych imprez, jakie odbywają się w Zamościu. Jak one powstają i jaka jest w tym Twoja rola?

LS: "Szturm twierdzy Zamość" organizowaliśmy do 2019 roku. To wielkie widowisko historyczne przybliżające oblężenia Zamościa w XVII wieku, w którym uczestniczyło ponad 300 wojaków. Gromadziło ono 20 tyś. widzów. Pierwszy szturm zorganizowała grupa z Lublina w 2004 roku i oni byli pomysłodawcami widowiska.
Współorganizowaliśmy tez widowisko historyczne Zamość 1920, czyli oblężenie miasta przez Budionnego w 1920 roku.
Często pomagają nam osoby bezpośrednio nie związane z ruchem rekonstrukcyjnym. Służą nam pomocą logistyczną i materialną (drewno na opał, siano do namiotów, transport, czy po prostu pomoc organizacyjna). To pomoc przy rzeczach, z którymi sami nie dalibyśmy rady. Często to są drobnostki, ale z takich rzeczy składa się szturm i są bardzo ważne. To dziesiątki osób, które nas wspomagały, chociażby radą. Takie rady często były kluczowe dla całego widowiska.

HG: Jak długo przygotowuje się taki event?

LS: Organizacja wielkiego widowiska, takiego jak "Szturm twierdzy Zamość", praktycznie nie kończy się nigdy. Już podczas trwania aktualnej edycji myślimy o następnej – o miejscach potyczek, scenariuszu, jak zdobyć fundusze... Zmawiamy się z przyjaciółmi z Polski i zagranicy na następny szturm i inne tego typu widowiska.
Image
Image
HG: Takie widowisko to nie tylko historyczna broń, scenariusz i odpowiednie miejsce realizacji. Potrzebne są jeszcze kostiumy. Skąd je bierzecie?

LS: Zaczynając od butów, a na magierce czy kołpaku kończąc - to jest wiedza historyczna, którą musieliśmy poznać szyjąc, zamawiając i tworząc to wyposażenie. Nawet najmniejszy element naszego wyglądu np. jak taki guz (guzik) przy żupanie, musiał być znaleziony w źródłach historycznych, ręcznie wykonany z materiałów, jak najbardziej zbliżonych do oryginału. Nasza broń, namioty, wyposażenie obozów również. I to jest to, czego osoby spoza naszej wielkiej grupy historycznych szajbusów, nie wiedzą. Za tym wszystkim kryje się nasza ogromna, wspólna praca nad tym, co robimy.

Każdy z nas ma swoje życie prywatne, rodzinne, zawodowe, często dalekie od hobby. Jednak wiedza tysięcy ludzi pragnących dzielić się nią z innymi powoduje, że wyglądamy często lepiej niż repliki strojów i wyposażenia, które stoją w muzeach. Zatem mój żupan jest wynikiem wiedzy wszystkich rekonstruktorów i wiedzy ludzi zajmujących się danym tematem. Często są to setki, a nawet tysiące ludzi. Każdy z nas ma odrobinkę wiedzy, z której wszyscy korzystamy.

HG: Ile jest osób w waszej grupie?

LS: W grupie jest nas 40 osób i każdy ma swój mniejszy, czy większy udział w przygotowaniu imprezy. Częścią przygotowania "Szturmu" są też wyjazdy na podobne imprezy organizowane w Polsce i za granicą. W Polsce są to, między innymi, Gniew, Gdańsk, Zamek w Tenczynku, Wiśnicz. Za granicą, to węgierskie Esztergom, Tata, czy Gyula. W Czechach - Frydland, w Holandii - Grolle i Bortange, na Ukrainie - Kamieniec Podolski, Beresteczko, Chocim. Podczas tych wyjazdów spotykamy się z ludźmi, takimi jak my i to podczas takich spotkań omawiamy ich przyjazd do Zamościa na Szturm.
HG: Tego typu imprezy na pewno wiążą się z ciekawymi zdarzeniami i historiami. Możesz nam opowiedzieć jakąś ciekawą historyjkę związaną z realizacją rekonstrukcji lub Twoim w niej udziałem?

LS: Zawsze wspominam zabawny fakt z organizacji Szturmu, jak zostałem bydgoskim chórzystą. A było to tak: o godzinie 2 w nocy dzwoni do mnie straż miejska i prosi: "-Leszek przyjdź na Rynek bo będzie źle". W pierwszym odruchu posłałem ich na drzewo: druga w nocy, a oni mnie z ciepłego sianka chcą wygonić i każą się włóczyć po mieście! Argument, że będzie źle przekonał mnie jednak do wyprawy na Rynek. Idąc już ulicą Grodzką do Rynku (obóz był wtedy w fosie pod kurtyną przy nadszańcu), usłyszałem śpiew, który nawet mnie antytalencie muzyczne, poruszył do głębi. W konsekwencji, bojąc się o uszy mieszkańców Rynku, prawie na niego wbiegłem. Pierwsze, co zobaczyłem, to biednych naszych strażników miejskich stojących i patrzących w ogródek u Włocha (restauracja w Zamościu) z minami świadczącymi o tym, że nie wiedzą co robić. Jak mnie zobaczyli, a widać było że im ulżyło, zrzucili na mnie obowiązek spacyfikowania chóru bydgoskich pancernych śpiewających właśnie "Hej sokoły". To znaczy część z nich śpiewała, a dwóch przekonywało kelnera, żeby podał im jeszcze piwa, bo wojsko chce pić, "a ten łyk przebrzydły wzbrania się służyć panom szlachcie".

W konsekwencji, po rozmowie z kompanami, sam przekonałem kelnera do podania piwa "na rozchodne", a oni w zamian zaprzestaną śpiewania. Ale gdzie tam... zaraz zaczęli śpiewać co innego. Tylko już nie "Hej sokoły", a coś bardziej spokojnego. I jeszcze panowie szlachta postawili warunek: ja śpiewam z nimi albo oni zaczynają koncert od nowa, na Rynku. Jeśli będę śpiewał, to pójdą do obozu. Kto chociaż raz słyszał jak śpiewam, więcej nie chce tego przeżywać. Podobno ból jest taki, że wszystko co żyje ucieka. Mówię -podobno - bo ja unikam śpiewania na trzeźwo, a śpiewam zawsze po tym, jak mi się pamięć skasuje, a może dlatego mi się kasuje, że zaczynam śpiewać. Są różne wersje...

I tak dołączając do chóru mogłem ich zabrać do obozu. Na drugi dzień pancerni byli bardzo spokojni: nie było zawadiactwa i hałaśliwości, a inni koledzy twierdzili, że po prostu mają kaca. Ja natomiast sądzę, że ogłuszył ich mój śpiew. Dlaczego? Bo jak spotykamy się kilka razy w roku i oni śpiewają (a lubią, nawet na trzeźwo), a ja się zbliżam, to wszyscy milkną i zaczynają ponownie, po moim odejściu. To chyba z szacunku dla moich umiejętności wokalnych.
HG: Jaka jest Twoja ulubiona postać historyczna?

LS: Moją ulubioną postacią historyczną jest Jerzy Michał Wołodyjowski. Dodam, że wersja Henryka Sienkiewicza, a nie prawdziwa. Prawdziwy pan Michał był po prostu dobrym gospodarzem mającym majątek w dzisiejszym Przemyskiem. To dzięki Sienkiewiczowi złapałem bakcyla historii. Niebagatelną rolę odegrał w tym także mój ojciec, który "Trylogię", można powiedzieć, czytał nam zamiast bajek, przed snem.

HG: Jeśli mógłbyś się urodzić i żyć w innym okresie historycznym, to byłby to...?

LS: Jak bym mógł decydować kiedy żyć, to zostawiłbym początek XXI wieku. Żyjąc w moim ulubionym XVII wieku, nie mógłbym go odtwarzać i bym się nudził (śmiech).

HG: Ostatnie pytanie. Śnieg już powoli topnieje. Kiedy znowu pojawisz się na murach miasta?

LS: Wracam na bastion jak tylko skończą się obostrzenia związane z pandemią.

HG: Bardzo dziękujemy za rozmowę. Na pewno niedługo odwiedzimy Cię na murach.

LS: Do zobaczenia!