Feijoada i pierogue

Jola jest przyjaciółką HEureki, która wielokrotnie brała udział w naszych działaniach jako uczestniczka, a także jako lider grupy. Czasem pomaga nam w ich realizacji, pełniąc rolę fotografa lub tłumacza. Dzisiaj jednak nie będziemy rozmawiać o projektach, tylko o jej pasji, jaką jest język portugalski oraz kultura Brazylii.

HEureka Generator: Cześć Jolu. Poza tym, że jeździsz z nami na projekty, to na co dzień pracujesz z językiem portugalskim i kończysz studia na kierunku filologia iberyjska, gdzie uczysz się portugalskiego w wersji brazylijskiej. Dzięki temu, że studiujesz iberystykę, udało Ci się odwiedzić Portugalię i Brazylię. Opowiesz nam dzisiaj więcej o tym, jak do tego doszło?

Jolanta Kowalak: Jasne.

HG: Podczas Twoich studiów wyjechałaś na Erasmusa do Portugalii na cztery miesiące. Jak udało Ci się porozumieć z Portugalczykami (którzy mówią inną odmianą portugalskiego niż Ty)?

JK: Wyjechałam na trzecim roku, wiec mój portugalski był już na dość dobrym poziomie. Generalnie Portugalczycy bardzo często przechodzą na angielski, jak słyszą portugalski brazylijski albo jakiś dziwny akcent. Na przykład właściciel mieszkania, w którym mieszkałam, miał około 50 lat i bardzo słabo mówił po angielsku. Znajoma, z którą pojechałam i mieszkałam mówiła bardzo dobrze w wariancie europejskim portugalskiego, ale mimo to, właściciel dopiero po kilku tygodniach zaczął z nami rozmawiać po portugalsku.

Ogólnie mało rozmawiałam z Portugalczykami, raczej tylko w sklepach czy restauracjach. W Portugalii jest dużo Brazylijczyków i są bardziej otwarci niż Portugalczycy, dlatego jeśli chodzi o dłuższe rozmowy, to z nimi miałam więcej kontaktu.

Na zajęciach raczej nie miałam problemu ze zrozumieniem wykładowców, bo na iberystyce od II roku miałam zajęcia tylko po portugalsku, a mieliśmy też wykładowców z Portugalii, więc zdążyłam się przyzwyczaić.
HG: A co konkretnie tam studiowałaś?

JK: Na Erasmusie znajdujesz sobie przedmioty, które są odpowiednikami tych, które masz na swojej uczelni macierzystej. Ja studiowałam na Wydziale Filologicznym, ale nie żaden konkretny kierunek, bo u mnie była taka sytuacja, że żaden przedmiot się nie pokrywał i musiałam zaliczać przedmioty zarówno w Portugalii, jak i w Polsce, zdalnie lub po powrocie. Musiałam na przykład napisać cztery prace z literatury Brazylii w trakcie pobytu w Portugalii, nie uczestnicząc w zajęciach, a później zdać z tego egzamin, bo na uniwersytecie w Lizbonie akurat żadnego przedmiotu o tej tematyce w tym semestrze nie było. 

HG: Wróćmy jeszcze na chwilę do języka. Jakie są różnice między portugalskim europejskim a brazylijskim?

JK: Portugalczycy często zjadają samogłoski, przez co słowa zlewają się w jedno i trudno ich zrozumieć. Brazylijski jest bardziej melodyjny, bo Brazylijczycy z kolei dodają dużo samogłosek, nawet tam, gdzie ich nie ma. Bardzo wyraźnie można to usłyszeć w słowach angielskiego pochodzenia, które "brazylianizują", zmiękczając końcówkę. W Brazylii śmieją się z europejskiej wymowy, a w Portugalii z tego, że Brazylijczycy mówią portugalskim z XVIII wieku.

HG: Dlaczego zdecydowałaś się uczyć wersji brazylijskiej?

JK: Chciałabym powiedzieć, że to było moje marzenie, ale tak nie było. To było losowe. Jak wybierałam miedzy dwoma wariantami, to nie miałam pojęcia, czym one się różnią. Ktoś z roczników wyżej polecał tę wersję, bo wykładowcy byli lepsi i to była prawda. Słuchałam wtedy trochę muzyki brazylijskiej, więc może to też nieco wpłynęło na mój wybór.  

HG: Oprócz Portugalii byłaś też dwa razy w Brazylii. To było związane ze studiami?

JK: I tak i nie. Za pierwszym razem byłam tam półtora miesiąca. Formalnie była to wymiana studencka, ale nie chodziłam tam na żadne zajęcia. Ale jako że to Brazylia, a ja uczę się o Brazylii, to jednak było to w jakiś sposób powiązane ze studiami. Pojechałyśmy tam z koleżanką, by uczyć Brazylijczyków polskiego. Ona studiowała polonistykę, więc dzięki niej się to wydarzyło.
HG: Opowiedz trochę o polonii brazylijskiej. Czy kultywuje polskie tradycje?

JK: Język polski Polonusów jest dość zabawny, bo brzmi jak sprzed 100 lat, taki, jakim posługują się nasi dziadkowie, a do tego jeszcze dochodzą jakieś spolszczone portugalizmy. I w taki sposób mówią młodzi ludzie, o ile w ogóle mówią po polsku. Bo jeśli już ktoś uczy się polskiego, to raczej jest w wieku około 50 lat, i robi to tylko po to, żeby podtrzymać kontakt z językiem, ale niekoniecznie po to, żeby się nauczyć. To też było dość irytujące, bo nie jest łatwo prowadzić zajęcia z kimś, kto nie ma motywacji, by uczyć się w domu, i korzysta tylko z zajęć, które odbywają się raz w tygodniu.

Miałyśmy też kilka wystąpień. Zorganizowałyśmy pokaz filmu "Ida", dyskusję na jego temat, a także spotkanie o polskim systemie szkolnictwa. Jeśli chodzi o młodych ludzi, to wiele osób marzy o mieszkaniu w Europie. Myślę, że to było dla nich przydatne, bo jeśli mają polskie korzenie, to mogą się starać o Kartę Polaka.

Ogólnie polskość jest tam widoczna w wielu miejscach. Od polskich nazwisk na szyldach po jedzenie w supermarketach typu "pierogue". Chociaż akurat pierogi, które tam jadłam nie były zbyt dobre. Niby mają tam odpowiednik polskiego twarogu, requeijão, ale to nie to samo.  Byłyśmy też na wycieczce objazdowej po małych wioskach w stanie Paraná. Odwiedziłyśmy tam Polaków, którzy byli bardzo otwarci i ugościli nas jedzeniem polsko-brazylijskim.

W Kurytybie natomiast jest Park Jana Pawła II, w którym znajdują się oryginalne domy, wybudowane przez pierwszych polskich osadników, przeniesione z pobliskich miejscowości.
HG: Jakie jest najdziwniejsze jedzenie, które jadłaś w Brazylii?

JK: "Feijoada". To jest taki gulasz z mięsem i fasolą, który podaje się z ryżem. To mięso to bardziej resztki, np. uszy wieprzowe. Ale nie sama w sobie potrawa była dziwna, bo wiedziałam o jej istnieniu wcześniej, ale fakt, że je się ją z pomarańczą.

Było jeszcze "sagu". To taki deser robiony z kulek tapioki. Część kulek barwi się na biało, a część macza się w winie, co daje charakterystyczną różową barwę.


HG: Jak to smakuje?

JK: Nie umiem opisać, ale ma ciekawą konsystencję.
HG: A jak wyglądał Twój drugi wyjazd do Brazylii?

JK:
Wyjechałam tam na wymianę studencką na drugim roku magisterki, na semestr letni. Nie miałam żadnego stypendium, więc musiałam odłożyć pieniądze wcześniej. Niestety po półtorej miesiąca musiałam wrócić ze względu na koronawirusa.

HG: Gdzie mieszkałaś?

JK:
W São Paulo. Studiowałam na Universidade de São Paulo, według wielu rankingów najlepszym uniwersytecie w Ameryce Południowej.

HG: A jak Brazylijczycy sobie radzili z koronawirusem?

JK:
Trudno powiedzieć, bo byłam tam na początku pandemii, więc nikt się za bardzo nie przejmował. Dopóki nie zostały wprowadzone ograniczenia, to było normalnie. Chociaż w połowie marca już ciężko było kupić maseczki i sprzedawcy uliczni sprzedawali płyny do dezynfekcji na ulicach. Mieszkałam w akademiku, w którym mieszkała też pielęgniarka, więc na bieżąco opowiadała nam o tym, jak to wygląda w szpitalu, czy jest duże obłożenie itp. Brazylijczycy uważali wtedy, że mają do czynienia z wieloma chorobami tropikalnymi takimi jak żółta febra czy denga, więc sądzili, że są przygotowani i przyzwyczajeni do tego typu sytuacji. Uważali, że sobie z tym poradzą. Krążyły też wtedy teorie, że w krajach o ciepłym klimacie, wirus słabiej się roznosi. 

HG: Sao Paulo jest największym miastem w Brazylii. Jak się mieszkało w tak dużym mieście?

JK:
Moje pierwsze wrażenie było straszne, bo jechałam z lotniska trzy godziny i zapłaciłam za podróż Uberem 160 reali (wtedy ok. 140 zł). Wiele razy patrząc na mapę, wydawało mi się, że to blisko, a okazywało się, że to godzina drogi, zwłaszcza jak chciałam dojechać gdzieś, gdzie nie dojeżdża metro.

HG: Nie bałaś się lecieć i mieszkać tam sama?

JK:
Właściwie nie byłam tam sama. Leciałam sama, ale na miejscu było już moich dwóch polskich znajomych. W Lizbonie poznałam też jednego Brazylijczyka, który mieszkał w São Paulo. Poza tym na uniwersytecie dobrze funkcjonuje iFriend, czyli taki system buddy’ego/mentora. Ja miałam trzech, więc miałam z kim wychodzić na miasto. Ze względu na to, że był to mój drugi pobyt w Brazylii, wiedziałam, czego unikać. Podróżowałam głównie Uberem, który jest dość bezpiecznym i tanim środkiem transportu. Wzięłam ze sobą drugi, gorszy telefon, ale jak tylko poczułam się pewniej, zaczęłam nosić nowszy, bo tamten nie miał aparatu. Jeśli zachowa się podstawowe środki ostrożności, to jest w porządku.   
HG: Brałaś udział w karnawale?

JK: Tak, w São Paulo, trochę mniej znany niż ten w Rio, ale myślę, że dzięki temu był też bardziej "brazylijski", bo było tam mniej turystów. W São Paulo też jest sambodrom i też można się wybrać na paradę. Karnawał to jest coś, co trzeba przeżyć, ale raczej nie chciałabym tego powtórzyć. Karnawał, poza paradą, składa się z tzw. "bloquinhos". W danym mieście jest kilkanaście lub kilkadziesiąt "bloquinhos" dziennie o różnej tematyce, muzyce itp. i można sobie wybrać ten, który nas najbardziej interesuje.

Ja byłam np. na bloku Ilú Oba de Min, podobno najstarszym bloquinho afrobrazylijskim w São Paulo. Bloquinho polega na tym, że ludzie gromadzą się w danym miejscu, jest trio elétrico, czyli taka ciężarówka wyposażona w odpowiednie nagłośnienie, z którego leci muzyka (często na żywo) i ludzie idą za tą ciężarówką, śpiewając, tańcząc, pijąc itp. Przy tym wszystkim trzeba uważać, żeby nie zostać okradzionym i żeby nie zgubić się w tłumie.

O ile ten blok afrobrazylijski był ciekawy, bo było to swego rodzaju przedstawienie, o tyle bloki, gdzie grali zwykłą muzykę z samochodu kilometr przed tobą i nie było zbyt dobrze jej słychać, to raczej nie dla mnie. Jest tyle ludzi dookoła, że bardzo łatwo wpaść w panikę, bo wiesz, że w razie czego nie będziesz w stanie uciec, trochę jak na koncercie. Ale na pewno sam karnawał to fajne doświadczenie dla kogoś, kto lubi się przebierać, bo pod względem kreatywności to raj.
Image
HG: Co byś poleciła do zwiedzenia w Brazylii?

JK: Mam bardzo długą listę rzeczy, których jeszcze nie widziałam, ale z tych, które widziałam, na pewno Rio de Janeiro, mimo że to może cliché, to warto popodziwiać je zwłaszcza z góry. Poza tym oczywiście wodospady Iguaçú, zarówno te po stronie argentyńskiej, jak i brazylijskiej zapierają dech. Nieco mniej oczywistym wyborem będzie też São Paulo, zwłaszcza dla miłośników architektury oraz wydarzeń kulturalnych.
HG: Jakie są Twoje plany na przyszłość? chciałabyś zamieszkać w Brazylii?

JK: Chciałabym kontynuować pracę jako tłumacz oraz lektor języka portugalskiego, a także rozwijać instagrama o Brazylii @brazyliszek, na którego zapraszam.

Zawsze chciałam pomieszkać w Brazylii dłużej, to znaczy 1-2 lata. Miałam nadzieję, że uda mi się to, jak wyjadę na studia, ale niestety… Koronawirus pokrzyżował mi plany. Zamierzam wrócić, jak tylko pandemia się trochę uspokoi.

HG: Trzymamy kciuki żeby Ci się udało. Dziękuję za rozmowę.

JK: Dzięki!