Wywiad z Darią Horaichuk, wolontariuszką i tłumaczką z punktu pomocowego w Zamościu

Witaj, dziękujemy, że zgodziłaś się z nami porozmawiać. Czy możesz się przedstawić?

Daria Horaichuk: Cześć, mam na imię Dasza i pochodzę z Maniewicze, osiedla typu miejskiego położonego w obwodzie wołyńskim. Od dwóch lat mieszkam w Zamościu, kształcę się na technika - informatyka.

Jak to się stało, że zostałaś wolontariuszką i tłumaczką?

DH: Decyzję podjęłam natychmiastowo, gdy tylko nadarzyła się okazja by pomóc.

Czy punkt pomocowy dla uchodźców z Ukrainy przy ulicy Zamojskiego 62 w Zamościu był pierwszym miejscem, w którym działałaś od wybuchu wojny?

DH: Nie, mój pierwszy dzień wolontariatu rozpoczął się w szkole nr 4. To było dla mnie nowe doświadczenie, wtedy jeszcze nie wszystko było dla mnie jasne, ale tylko przez pierwsze 10 minut. Później, biorąc pod uwagę zapotrzebowanie na wolontariuszy, nie musiałam czekać na prośby o pomoc.

Pamiętasz, co pierwszy raz przetłumaczyłaś w punkcie pomocowym w Zamościu i jakie miałaś pierwsze zadanie?

DH: No jasne, że pamiętam! A jeszcze bardziej zapamiętałam zdziwienie na twarzy Ukrainki, gdy odkryła, że ma do czynienia z krajanką. Ona szukała miejsca, gdzie mogłaby zaparzyć herbatę. Oczywiście, słowo "czaj" w ogóle nie przypomina polskiego wyrazu "herbata"; tak więc, było to pierwsze szczere podziękowanie za pomoc, skierowane w moją stronę. Nawet nie pamiętam imienia tej kobiety, ale odczułam, że ona chociaż na moment poczuła się jak w domu.

Kiedy, i na ile godzin przychodziłaś do punktu pomocowego?

DH: Bywało różnie, w pierwszym tygodniu w ogóle nie myślałam nad tym, ile godzin jest już za mną; wszystko przypominało jedną długą zmianę. Tylko później przyszła świadomość konieczności wypoczynku, by pomagać w sposób bardziej wydajny. Tak więc, przychodziłam każdego dnia na 4 albo 8 godzin na wieczorną zmianę.

Możesz powiedzieć coś więcej o osobach, które przyjeżdżały do punktu pomocowego w Zamościu? Kto to był?

DH: Rozbieżność była ogromna, lecz właśnie to było intrygujące. Najbardziej byłam zdumiona spokojem mieszkańców Charkowa oraz Sum (a było ich na początku najwięcej, gdyż to właśnie oni odczuwali pilną potrzebę ucieczki). Różnorakie spojrzenie na świat, odmienne zwyczaje, nawet mowa; ale mimo różnic dało się wyczuć to coś, co jednało tych wszystkich ludzi, oprócz nieszczęścia.

Czy zdarzyła się jakaś sytuacja w twojej pracy wolontarystycznej, która była dla Ciebie wyjątkowo trudna?

DH: Spośród tych, które zapadły mi w pamięć, była to młoda dziewczyna w trzyletnim synem, naiwna i przerażona. Na nieszczęście, syn zaczął wykazywać objawy odry. Choroba sama w sobie niegroźna, podobna do np. ospy wietrznej. Zaprowadziłam kobietę do pielęgniarki, wszystko wytłumaczyłam. Wszystko wydawało się być w porządku, gdy przybiegła do mnie po 20 minutach, spanikowana, ze łzami w oczach. Gdy starałam się dociec, co się stało, okazało się, że jedna z wolontariuszek "zażartowała", że jej synowi pozostało niewiele czasu... Po wytłumaczeniu całego zajścia uspokoiła się, a i ja przy okazji dowiedziałam się, kim była osoba, która pozwoliła sobie na taki żart.

Czy jak rozmawiałaś z ludźmi, opowiadali Ci swoje historie, albo skąd i dokąd jadą?

DH: Zbyt dużo historii wchłonęłam. Gdy rozmówca się wzruszał, zmieniałam temat. Najbardziej utkwiło w pamięci spotkanie dwóch braci, 69 i 73-letnich). Starszy brat spędził 10 dni w piwnicy, w dzielnicy miasta, która znajdowała się pod ciągłym ostrzałem. Gdy bombardowanie ucichło, brat przywiózł mu 10 kg drobiowego mięsa (nikt nie przypuszczał, że w piwnicy znajdowała się tylko jedna osoba). Ugotowano rosół, częstowano potrzebujących z osiedla. Bracia opuścili niebezpieczna dzielnicę i ostatecznie wyjechali z kraju.

Czy jesteś w kontakcie z jakąś osobą, której pomagałaś?

DH: Oczywiście, utrzymuję kontakt z kobietą z Borodianki, której pomogliśmy wyjechać do Włoch wraz z 4-letnia córką. Są tam szczęśliwe, i co najważniejsze, bezpieczne.

Czy któraś z osób, które przyjechały do punktu pomocowego, zapadła Ci szczególnie w pamięć?

DH: Było ich tak dużo, że nie zmieściłabym ich nazwisk na jednej stronie. Powiem jedno, że takiego urozmaicenia stylów życia nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

Gdzie byłaś, jak dowiedziałaś się, że wybuchła wojna na Ukrainie?

DH: W łóżku, w domu, na Ukrainie. Był to zwykły poranek, miałam zaprowadzić siostrę do przedszkola. Jak zwykle, weszłam na media społecznościowe, gdzie dowiedziałam się o wojnie, która rozpoczęła się 3 godziny temu. Za pięć minut do pokoju weszła mama i powiedziała, że za 10 minut mamy autobus. Tyle czasu miałam, by zebrać swoje rzeczy.

Gdzie jest teraz Twoja rodzina, co teraz robią?

DH: Mama, mój brat i siostra są we Włoszech, mają się dobrze. Ciocia i babcia zostały na Wołyniu. Tylko wujek został w Melitopolu, nie ma możliwości wyjazdu. Ale wierzę, że mu się uda.

Co Twoja rodzina powiedziała na to, że będziesz pomagać w punkcie pomocowym dla uchodźców i że będziesz tłumaczyć?

DH: Ten punkt odnalazłam przy pomocy właścicielki mieszkania, które wynajmuję. Rodzina jedynie wspomniała, że decyzja co do niesienia pomocy była słuszna.

Co ludzie powinni wiedzieć, jeśli chcą zostać wolontariuszami w takim miejscu?

DH: Odpowiedzialność, odpowiedzialność i jeszcze raz odpowiedzialność! Należy pamiętać, iż udzielając informacji, kierując osobę do innego kraju, lub zaparzając dla tej osoby zwykłą kawę, jesteście za tę osobę odpowiedzialni. Proszę też pamiętać, skąd ci ludzie pochodzą; i jeśli w naszym życiu wszystko gra, może nie warto jedynie krytykować z pozycji wygodnej kanapy, tylko pomagać.